Historia Reiki

7 Czerwiec 2009

Metoda Reiki powstała około 1922 roku w Japonii, a jej twórcą był Mikao Usui Sensei.
Przed stu laty próbował on daremnie znaleźć w pismach chrześcijańskich wyjaśnienia cudów i uzdrowień dokonywanych przez Jezusa. Porzucił więc chrześcijaństwo i udał się na poszukiwania do Indii, Mongolii i Tybetu.
Następnie posłuszny wewnętrznemu głosowi, wrócił do Japonii i wspiął się na świętą górę, gdzie medytował i pościł przez 21 dni. Dwudziestego pierwszego dnia uzyskał świadomy dostęp do wiedzy i uzdrawiających mocy oraz umiejętność przekazywania ich poprzez inicjacje, dokładnie tak, jak czynił to Jezus.

Do Polski Reiki dotarła na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. Znaczącą, sztandarową postacią, która bardzo przyczyniła się do rozpropagowania tej wiedzy w naszym kraju, była nieżyjąca już siostra Mariusza (Jadwiga Bugaj) ze Zgromadzenia Sióstr Pasjonistek. Wśród pionierów tej sztuki był również ksiądz Maciej Wroński i ks. Tadeusz Szewczyk.

Tatiana Czajkowska, od której otrzymałem pierwszą inicjację, była inicjowana na mistrza Reiki przez Krystynę Włodarczyk-Królicką w październiku 1997 roku.
Krystyna Włodarczyk-Królicka otrzymała inicjację Mistrza Reiki z rąk Siostry Mariuszy – 3 grudnia 1994 roku.
Siostra Mariusza otrzymała inicjację Mistrza Reiki z rąk Wani Twan w 1992 roku.
Wania Twan była inicjowana na Mistrza Reiki w 1976 roku przez Hawayo Takatę.
Hawayo Takata została inicjowana na Mistrza Reiki przez Chujiro Hajashiego w 1938 roku.
Chujiro Hajashi był uczniem dr Mikao Usui około 1925 roku.
Jest to najbardziej tradycyjna linia Reiki.

więcej: http://www.samoleczenie.xo.pl/data/energia.html


czym jest bycie “tu i teraz” ?

8 Marzec 2009

Człowiek większą część czasu spędza na rozmyślaniach. Myśli a to o przeszłości, albo o przyszłości, ale bardzo rzadko nie myśli w ogóle. Nawet sen zdaje się być ciągłym procesem myślenia, stąd sny, które się śnią. Ciągle coś analizuje, osądza, porównuje… bardzo często nie zdając sobie sprawy z tego ze to robi. Co stałoby się wówczas, kiedy człowiek używałby rozumu tylko wtedy, kiedy faktycznie by tego potrzebował ?
Wyobraźmy sobie, że ruszamy ręką zginając ją bez przerwy w łokciu. Zginamy ją przez cały dzień i całą noc, nie myśląc o tym i nie kontrolując tej ręki. Przypominamy sobie o niej tylko wtedy, gdy potrzebujemy jej do czegoś użyć, np żeby podnieść i przenieść jakiś ciężar. Ile siły mamy na to zadanie, skoro od tygodni i miesięcy ciągle zginamy tą rękę ? I jeszcze ważniejsze pytanie: ile mielibyśmy tej siły i jak szybko i sprawnie wykonalibyśmy każde zadanie, kiedy ta ręka używana by była tylko czasami ? Kiedy jednak wyobrażę sobie mój umysł pracujący prawie bez wytchnienia dzień i noc i pomyślę o tym jak twórczy by był i sprytny gdybym pozwalał mu czasem odpocząć, albo używałbym go tylko wtedy kiedy faktycznie byłby mi potrzebny, to moja wyobraźnia już się chyba kończy w tym momencie :)
Dlatego tak ważne zdaje się być ćwiczenie umysłu w nie myśleniu za pomocą rozmaitych technik medytacyjnych. Od dawna w mojej praktyce obserwuję, jak trudno jest się ludziom rozluźnić na stole do masażu. Te napięcia wynikają właśnie z ciągłego myślenia o czymś a przekładają się potem na ciągły stres i wynikające z tego powikłania. A zatem relaksujmy się, rozluźniajmy, medytujmy i nie myślmy tyle, bo nam szkodzi :)


Przesłanie do wszystkich cierpiących na choroby fizyczne, z problemami emocjonalnymi i dla tych, którym wydaje się, że są pokrzywdzeni przez życie.

5 Marzec 2009

Moi mili, dzielę się z wami takim oto spostrzeżeniem, które przyszło mi do głowy podczas pracy: każda choroba o ile zajmujecie się jej wyleczeniem, każdy problem emocjonalny lub życiowy to pewnego rodzaju błogosławieństwo, z którego należy się cieszyć. Spieszę już wyjaśnić dlaczego.
Większość ludzi żyje dziś w biegu, myśląc o rzeczach i sprawach zewnętrznych, takich jak pieniądze, praca, dom, samochód, relacje z szefem, z małżonkiem. Wspominają przeszłość, lub planują przyszłość. Myślą o zakupach, o tym co zrobią jutro albo za rok. Często nie mają czasu albo nie przychodzi im do głowy żeby pomyśleć o sobie. O tym czy na pewno są szczęśliwi, czy wszystko w ich życiu układa się dokładnie tak jak by tego chcieli, czy niczego im nie brakuje. Życie zewnętrzne jest oczywiście dobre i potrzebne, trzeba przecież mieć z czego żyć i mieć z kim żyć, ale to tylko część życia, to tak jak wdech. Do pełni życia potrzebny jest jednak również wydech. Czym jest wydech ? Wydech jest wglądem w siebie, w swoje wnętrze, swoje potrzeby i uczucia. Bardzo często dopiero choroba, albo jakaś życiowa katastrofa zatrzymuje nas w tym pędzie i zwraca nam uwagę na nas samych. I to jest ten moment, któremu zamiast się przeciwstawiać i narzekać, że los nam przeszkadza w robieniu kariery, powinniśmy go wykorzystać na naprawę i rozwój wewnętrzny. (Krok pierwszy ku naprawie: słuchaj co mówi do ciebie twoje ciało). Jeśli ktoś w tym momencie ma jeszcze wątpliwości czy choroba może powodować jakiś rozwój to z całą stanowczością mówię że tak ! Stosując metodę EFT (Emotional Freedom Techniques) przy pracy z różnymi ludźmi uświadomiłem sobie, że problemy z którymi się zgłaszają są często końcowym stadium tego co w ich życiu szwankuje od dawna. Okazuje się często, że żeby usunąć problem zdrowotny, trzeba “wypukać” z siebie smutek i złość na rodziców, wybaczyć jakimś krewnym czy przyjaciołom, pozbyć się wielu przekonań, które do tej pory blokowały nasze poczynania powodując dolegliwości. Choroba zwróciła naszą uwagę na nasze wnętrze i stała się początkiem przemian, dzięki którym nasze życie nabrało innego wyrazu i stało się lepsze, pełniejsze.
“Wypukałem” już wiele takich przekonań i “złych” emocji z siebie i wielu ludzi i wiem, że dopiero kiedy jest nam tak źle że to zauważamy zaczynamy nad sobą pracować, a potem jesteśmy szczęśliwi, że los dał nam taką szansę.
Nie denerwujmy się tym, że coś dzieje się z nami niedobrego, to czas na wgląd w siebie, wykorzystajmy tą szansę na uzdrowienie naszego życia.


Orwell przewraca się w grobie

19 Luty 2009

Niezależnie od tego się na ten temat myśli, to film ten daje możliwość nabrania dystansu do rzeczywistości i do tego czym jest prawda. Mnie skłania to do refleksji nad tym czy to co widzę, słyszę i czuję jest w istocie takim jakim mi się wydaje że jest i przypomina mi o tym, że osądzanie czegokolwiek jedynie oddala mnie od przebudzenia i od prawdy. Podobnym przykładem były dla mnie filmy: “Stygmaty” i “Kod Mojżesza”, które niezależnie od tego czy zawierały w sobie jakąś prawdę, czy były całkowicie zmyślone pozwalały na spojrzenie z innej perspektywy i nabranie dystansu do tego co od dawna było uznane za jedyną słuszną i niepodważalną prawdę.


“Wieści z wody”

18 Luty 2009

Refleksje z zapoznania się z koniem

12 Luty 2009

Czego nauczył mnie koń ?

ja i koń

ja i koń


Byłem dopiero na dwóch kilkudniowych wyjazdach w ośrodku jeździeckim i moje doświadczenia są jeszcze niewielkie. Będąc na miejscu skupiałem się rzecz jasna na koniach i na nauce jazdy. Lekcje teoretyczne i mnóstwo ćwiczeń powodowały, że kontakt z koniem i jazda na nim stała się dla mnie ogromną przyjemnością. Po powrocie do domu zdałem sobie sprawę, że lekcje te były o wiele cenniejsze niż myślałem.
Od wielu lat moim mottem jest stwierdzenie, że podstawą w życiu jest równowaga w każdym możliwym aspekcie życia. Od wielu lat dążę do tejże równowagi i staram się przywracać ją innym ludziom, wciąż poszukując nowych metod. Szybko dostrzegłem analogię między nauką jazdy konno a życiem. W obu przypadkach potrzebna jest równowaga, a osiąganie jej musi wynikać z uspokojenia, akceptacji i rozluźnienia. Nie da się jej wprowadzić na siłę i kontrolować siłą. Siła i przemoc w kontakcie z koniem nie przynosi pożądanych rezultatów, jest jedynie niepotrzebną stratą energii, powoduje lęk i złość. Żeby „dogadać się” z koniem i żeby koń robił to, czego od niego oczekuję, trzeba coś o nim wiedzieć: troszkę anatomii, troszkę psychologii, trzeba przez chwilę postawić się w jego sytuacji i zrozumieć go. Potem okazuje się, że przy minimalnym nakładzie pracy z naszej strony, bez krzyków i wierzgania, konik robi dokładnie to, czego chcemy. (Jeszcze tego nie osiągnąłem, ale widziałem na własne oczy i wiem, że można).

Z tych obserwacji wyciągnąłem wniosek, że koń uczy empatii. Żeby złapać kontakt z koniem, nawiązać nić porozumienia na pewno trzeba się otworzyć, zaufać, ale trzeba też być bardzo konkretnym i pewnym siebie, uczymy się współpracy, przewidywania i kreatywności.

Były to również dla mnie lekcje pokory i delikatności, ale i praca z energią w czystej postaci.

Mnie zatem koń uczy życia. Jestem przekonany, że nie wyczerpałem tematu, a moja nauka będzie miała ciąg dalszy, po którym zapewne dopiszę coś do moich doświadczeń.

Ech, chyba nieuchronnie zbliża się czas na emigrację z Warszawy i osiedlenie się gdzieś, gdzie będę mógł kontemplować naturę i przebywać razem z końmi oraz nabierać od nich coraz to nowych doświadczeń.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.